Uzumaki. Spirala - recenzja

W gruncie rzeczy, gdyby nie parę naprawdę bardzo pochlebnych opinii na temat Uzumaki, pewnie przeszedłbym obojętnie obok tej pozycji. Zwłaszcza że wśród moich zakupowych priorytetów mang raczej nie ma, a też i w horrorowy potencjał rysunkowych historii zbytnio nie wierzę. Traf chciał, że postanowiłem dać się przekonać blogowym recenzjom i jak się okazało była to bardzo dobra decyzja. Uzumaki. Spirala jest rewelacyjnym horrorem. Naprawdę przerażającym. Pomysłowym i bardzo, bardzo udanym.


Gdybym miał ocenić go w jakimś naturalnym dla niego kontekście kulturowym, to takim kontekstem (nie szukając zbyt daleko) mogłoby być universum Silent Hill. W Uzumaki mamy zbliżony pomysł na historię: przeklęte miasto, które powoli popada w szaleństwo, a spokojne życie jego mieszkańców przecina seria coraz bardziej brutalnych i coraz bardziej przerażających zdarzeń. Do tego należy dodać grozę budowaną na bazie patologii i zezwierzęcenia, uprzedmiotawiania, bądź też po prostu wykoślawienia ludzkiego ciała. Wszystko to bardzo chore i bardzo sugestywnie pokazane.

Na początek napiszę o kapitalnych rysunkach. Intensywność grozy, jako została w nich zawarta, potrafi być przytłaczająca i na długo zapada w pamięci. Poszczególne opowiadania wręcz zdają się ze sobą konkurować o miano najbardziej przerażającego i chorego. Doskonale egzemplifikują to dwa finały - finał pierwszego opowiadania i finał całej historii. Obydwa bardzo groteskowe, bardzo brutalne i kompletnie nie pozostawiające złudzeń.

To co najbardziej przypadło mi do gustu, to właśnie powolna degrengolada i chaos, w jakie zamienia się miasteczko Kurouzu nawiedzone przez klątwę Spirali. Na początku pierwszego rozdziału (Mania Spirali) nic nie zapowiada tak spektakularnej i totalnej katastrofy. Wszystkie te dziwaczne zapowiedzi istnienia klątwy nie wydają się aż tak poważne w skutkach, jak się później okazuje. Zwłaszcza, że bardzo długo życie głównej bohaterki, Kirie, płynie bardzo spokojnie, wręcz leniwie i na swój sposób sielankowo. Co prawda Kirie wciąż ociera się o różne przerażające zdarzenia, często sama w nich uczestniczy, ale przez bardzo długi okres czasu wydaje się, że sama jest bezpieczna. Tak jakby klątwa mogła dosięgnąć każdego w mieście oprócz niej. Takie wrażenie potęguje pewnie fakt, że pomimo jej uczestnictwa w wielu makabrycznych historiach, Kirie wychodzi z nich cało, podczas gdy pozostałych bohaterów spotyka straszliwy los.
W każdym razie to poskładanie fabuły Spirali z krótszych, powiązanych ze sobą, opowiadań doskonale się sprawdza. Pozwala wprowadzić wielu bohaterów i poruszyć wiele spraw i tym samym zwiększa wrażenie totalności spiralnej klątwy.  Klątwa zdaje się dotyczyć każdego mieszkańca Kurouzu. Drugoplanowi bohaterowie wyglądają świetnie. Ich zachowanie ma często maniakalny charakter i przedstawione jest w taki sposób, że nie do końca wiadomo na ile ich "ekstrawagancja" wypływa z ich cech charakteru, a na ile jest efektem działania klątwy (Zwłaszcza - Rozdział 1 - Mania spirali, Rozdział 7 - Pajacyk). Można wręcz odnieść wrażenie, że klątwa najpierw atakuje tych słabszych, mniej odpornych mieszkańców Kurouzu. Tworzy to groteskową i przejmującą całość. Naprawdę ciężko nie odczuwać empatii, wymieszanej z obrzydzeniem w stosunku do jej poszczególnych ofiar. Którzy są tak samo odstręczający (przykład ojciec Shuichiego, czy brat Kirie), co wzbudzający współczucie.

To co jest jednak prawdziwym majstersztykiem to makabryczne, surrealistyczne rysunki w scenach, mających wywołać strach, albo obrzydzenie. W tych miejscach Spirala jako horror zahacza o autentyczny geniusz. Podobnie miało to miejsce w przypadku Silent Hill, kiedy chora, choć fascynująca stylistyka tak udanie korespondowała i dopowiadała historię, czyniąc ją jeszcze bardziej piorunującą. Groza w Spirali, podobnie jak groza w Silent Hill ma charakter totalny i podobnie, jak bohaterowie gry komputerowej, tak i bohaterowie mangi zostali wtłoczeni w zabójcze tryby, nieznającej litości próżnej siły, znacznie potężniejszej od nich samych. To co mnie najbardziej przeraża w tego typu historiach to właśnie ten absolutny charakter zła, które ma w sobie coś niezmiennego i nienaruszalnego. Trochę jak prawa przyrody. Tylko oczywiście w horrorze są to prawa jeszcze bardziej niesprawiedliwe i wykoślawione. I jeszcze bardziej widoczny jest fakt, że z takiego świata nie ma ucieczki. Bohaterowie Spirali powoli i bezwiednie wchodzą w tryby ponurej historii, która okazuje się jedną wielką salą tortur i ze swoimi małymi zdolnościami oddziaływania na wszechświat po prostu są zmuszeni poddać się temu, co ich spotyka. I dla mnie to jest właśnie najbardziej okrutne.
Każde opowiadanie ma zbliżoną do siebie strukturę i każde z nich kończy się na dobrą sprawę porażką bohatera w konfrontacji z nieznajomą siłą. Dodatkowo, jeżeli wspomniałem już o Silent Hill, warto jeszcze nadmienić, że ów pomysł złożenia powieści graficznej z krótszych opowiadań bardzo przywodzi na myśl twórczość Lovecrafta, albo Poe. Oni również w podobny "posegmentowany" sposób budowali swoje chore i przepełnione patologiami i wszechpotężnymi, zimnymi bóstwami universa. W przypadku Spirali wszystkie opowiadania zostają ze sobą połączone i w 4-5 ostatnich rozdziałach wszystkie wątki zostają plus-minus wyjaśnione. Na szczęście udało się to zrobić w satysfakcjonujący sposób. Tym samym Spirala nie cierpi na często dla horrorów przypadłość: dobry wstęp, słaby finał.





Oczywiście odczytywanie Spirali przez pryzmat Silent Hill, albo Lovecrafta jest dość banalne, ale już to pokazuje jak silnie w krwiobieg popkultury wkrada się ta pokaźnych rozmiarów (ok. 600 stron) manga. Krzysztof R. Wojciechowski z Kolorowych Zeszytów idzie jeszcze o krok dalej i odnajduje różne  inne artystyczne inspiracje Spirali. Chodzi o surrealizm, ekspresjonizm, impresjonizm i secesję. Piszę o tym, aby pokazać, że manga którą opisuje ma do zaoferowania o wiele więcej, niż tylko to, co kochają fani horroru. Junji Ito umiał połączyć wiele różnych konwencji, czyniąc ze swojego dzieła idealną powieść popkulturową, która właściwie mogłaby posłużyć jako manifest gatunku. Z wszystkimi jego aspiracjami do psychologi i symbolizmu i intertekstualnymi nawiązaniami. 

Na zakończenie napiszę tylko, że jeżeli interesujecie się popkulturą, to Spirala jest Waszą lekturą obowiązkową na nadchodzący rok. Z tak dopracowanym horrorem już od dawna nie miałem do czynienia. I gdyby przyszło mi do głowy tworzyć jakiś Wielki Kanon Gatunku to Spirala znalazła by się w nim bez najmniejszego ale... Mam wrażenie, że długo przyjdzie nam czekać na horror podobnej klasy.

***


Może jeszcze trochę tak na marginesie warto wspomnieć, że ekranizacja Uzumaki okazała się nie aż tak dobra, jak przypuszczałem, że może być. Rozumiem okrojenie materiału na potrzeby filmu i zmiany fabularne, chociaż jako fana nieco rozczarowały mnie niektóre z nich (Zwłaszcza bardzo skrócone i uproszczone wątki Homo Gastropodusów i włosów). Nie jestem pewien na ile przypadła mi do gustu również ta radykalnie ekspresyjna gra aktorów. To znaczy dosłownie: nie wiem, czy mi się podobała, czy nie, bo z jednej strony drażniła, z drugiej dodawała sporo kolorytu. Generalnie, żeby film dorównał swojemu pierwowzorowi z całą pewnością musiałby zostać znacznie lepiej dopracowany. Zwłaszcza, że fabuła i intryga wymaga efektów specjalnych przynajmniej na poziomie filmowego Silent Hill.

Prześlij komentarz