Absentia (2011) - recenzja

Dzisiaj dla odmiany będzie o horrorze dobrym. Bardzo dobry. Będzie o jednym z takich horrorów, które je zwyczajnie uwielbiam. Chodzi o takie filmy, które grozę utożsamiają z niedopowiedzeniami, tajemnicą, stresem, maltretującym psychicznie bohaterów i jakimś klasycznym, choć ciekawie zreinterpretowanym, motywem typowym dla horrorów. W przypadku Absentii takim motywem jest niespodziewanie zniknięcie kogoś bliskiego i urban legend o przeklętym miejscu.



Z góry zaznaczam, że to jest chyba dość odosobniony pogląd (że ten horror taki genialny), bo gdzie tylko nie rzucić okiem w internecie, wszyscy mieszają Absentię z błotem. Że nudna, że przegadana, że niestraszna i że aktorzy brzydcy i słabi. Tym cudownym sposobem znowu mogłem poczuć się, jak 100-letni dziadek, który nie rozumie już współczesnych czasów, bo dla mnie to wszystko, co inni wypunktowują jako wady, było ciągiem genialnych decyzji, które w sumie doprowadziły do powstania horroru wysokiej klasy.

Absentia jest filmem przemyślanym w stu procentach. Nic tam nie jest przypadkowe i każdy element układanki pasuje do reszty. Od razu uprzedzam jednak: nie spodziewajcie się filmu, w którym od A do Z poznacie potwora, z jaki muszą się zmierzyć bohaterowie, i jego tajemnicę. Zło w Absentii podobnie jak Zło w innych bardzo dobrych horrorach, to zło ukryte, manifestujące swoją obecność poprzez efekty swojej działalności, a nie poprzez frontalny atak, czy... yyyy... wygląd zewnętrzny. Wiem, że dla wielu to jest ogromny minus. Ja natomiast uważam, że tego typu horrory są najlepsze. Pozostawiają pole do domniemywań i projektowania własnych lęków na to, co na ekranie i w ten sposób niedopowiedzenia potęgują wrażenie grozy.

A fabuła wygląda tak: Buddystka Tricia, która przed siedmiu laty straciła męża, teraz powoli próbuje rozpocząć życie od nowa. Nie jest to łatwe, bo wrażliwa Tricia ma ogromny problem z psychicznym udźwignięciem zaistniałej sytuacji. Jej mąż zaginął w niejasnych okolicznościach, policji nie udało się natrafić na żaden ślad, a Tricia od tamtego momentu żyje, trapiona wyrzutami sumienia, które z czasem przybierają formę koszmarnych wizji. W tym momencie dołącza do niej jej siostra, chrześcijanka Callie. To uwypuklenie wiary dwóch sióstr nie jest przypadkowe. Pomaga ono dookreślić (bynajmniej nie prymitywnie) bohaterki, ich wartości i wskazać różnice pomiędzy nimi, co jest ważne, bo po części to właśnie te różnice posuwają intrygę do przodu. Ale też wskazać podobieństwa, budując analogię pomiędzy medytacjami Tricii i modlitwami Callie, mimo wzajemnego dystansu i ukrytych konfliktów. Jednak brak emocjonalnej bliskości sprawia jednak, że każda z bohaterek pozostaje sama z własnymi frustracjami. Tricia próbuje uciszyć swoje lęki przez medytację, tłumi w sobie wszelki niepokój i ignoruje niepokojące wizje, interpretując je jako halucynacje. (Zresztą do samego końca nie dowiadujemy się, jaka jest prawda, bo wizje Tricii możemy zinterpretować jako nawiedzenia, albo halucynacje wywołane wyrzutami sumienia i skrajnym wyczerpaniem psychicznym). Callie natomiast wydaje się bardziej podatna na nieracjonalne zdarzenia. nie odgradza się od dziwacznych zdarzeń, jakie rozgrywają się wokół niej, ale w jakiś sposób zdają się one ją przyciągać. Podobał mi się ten wątek, bo nadawał pewnego społecznego komentarza do całej sytuacji. Pokazywał, jak w różny sposób każdy radzi sobie z własnymi traumami (Callie ma za sobą odwyk narkotykowy w klinice), ale też (w pewnym sensie) bezsilność religii w konfrontacji z nadprzyrodzonym Złem. Myślę, że mogło również chodzić o zwyczajne skomplikowanie struktury świata przedstawionego. Zazwyczaj w horrorach jest ona prosta: Ludzie kontra potwór. Tutaj wskazano, że wszechświat jest dużo, dużo większy (właśnie poprzez zaznaczenie religijnej perspektywy). A horrorowe zdarzenia rozgrywają się gdzieś na peryferiach i mimo że niszczą życie bohaterów, to nie naruszają bezpiecznej (religijnej) struktury wszechświata. 

W Absentii najbardziej przerażające jest wrażenie, że tryby Zła są niezniszczalne i nieskończone. Mało spektakularne, ale skuteczne. Nie ma ucieczki, nie ma walki, nie ma pertraktacji. Ofiary spotyka stygmatyzacja, a świat przechodzi obojętnie względem ich tragedii. Jako „straszne momenty” świetnie sprawdzają się wszelkie „nawiedzenia” Tricii, trochę przywodzące na myśl Insidious. Ogromny plus również za wiarygodne przekonanie mnie, że najzwyczajniejszy w świecie, tunel na przedmieściach może być naprawdę straszny i jeszcze większy plus za te wszystkie smaczki, które ja KOCHAM w horrorach. Chodzi mi o nagłe znalezienie rzeczy, tam gdzie ich nie powinno być, sugerowanie totalnej grozy w na pozór najzwyczajniejszych ujęciach i miejscach. Ja uwielbiam taką wskazaną mimochodem dezorganizację rzeczywistości, do jakiej przywykli bohaterowie i taką bardzo subtelną manifestację Zła. To jest naprawdę niepokojące.



Świetnie w filmie sprawdzili się aktorzy. I tutaj naprawdę nie rozumiem zarzutów, bo moim zdaniem to jest pierwsza klasa. Głównie dzięki nim (i scenariuszowi) Absentia nie jest tylko zwyczajnym horrorem, ale autentycznym filmem psychologicznym (może stąd oskarżenia, że film nudny?) Zwłaszcza, że sytuacja w jakiej znalazła się Tricia jest bardzo niejednoznaczna i bardzo, bardzo obciążająca psychicznie. Mógł z tego wyjść jakiś przesłodzony, sentymentalny banał, a wyszedł nietuzinkowy, przejmujący dramat z potworem w tle i  mroczny psychologiczny horror o miłości, potrzebie ucieczki przed problemami i odpowiedzialności za innych.

PS
Nie oglądajcie zwiastuna, bo zdradza całą fabułę filmu.

Wpis z ciemnością -> The Backout [i Zniknięcie na 7. ulicy]

Pozostając wierny prastarej na jeden wpis tradycji, znanej pod kryptonimem 1t2f1w (czytaj: jeden temat - dwa filmy - jeden wpis), będę dzisiaj poruszał kwestię ciemności w filmach s-f/horror na przykładzie filmu Zaciemnienie (i jeszcze jednego filmu [Zniknięcie na 7. ulicy - przyp. red.]). Oba tytuły dokładnie oddały klimat mroczności i następującej zagłady cywilizacji człowieka, zaatakowanej przez nieznaną siłę, ukrytą przed ludzkim spojrzeniem... w mroku. Doskonale uwypuklono grozę i dramatyzm sytuacyjny przed jakim stanęli bohaterowie. Filmy są proste, a nawet nieskomplikowane, co dla niektórych jest plusem, a dla innych minusem. Ja się nad tym jeszcze nie zastanawiałem.



Książki, które warto przeczytać - lista (4) na lato

To jest bardzo nieregularny cykl. Miało być inaczej, ale to nic. Bo jeżeli chodzi o mnie to jest dość mobilizujący i ta lista faktycznie okazuje się, że jest jakąś tam dla mnie wytyczną w tym, co czytać. Grunt, to dobra selekcja. 







Wpis z rekinami -> Rekin w Wenecji [i Rafa]

Wiem, że ten film jest tak zły, że aż taśma filmowa się rwie, ale jednocześnie ma w sobie pewien urok kina klasy B. Zakładając, że lubimy (a) albo kochamy filmy z rekinami, (b) jesteśmy w stanie znieść kino klasy B, ale prawdziwe kino klasy B, a nie to  udające je w stylu Tarantino, czy Rodrigueza, ani też nie to stare kino klasy B, które już zdążyło doczłapać się do kanonu gatunku. Ja mówię o naprawdę kiepskim filmie i mówię to  z pewną dozą wyrozumiałości, na jaką mogą u mnie liczyć wszystkie filmy o rekinach ludojadach.





Serialowo: Henryk VIII i jego 6 żon - The Tudors

Telewizyjni Tudorzy w dużej mierze są dziećmi kinowej Elisabeth z 1998 roku. Jak tylko mogą, próbują naśladować jej rozmach, psychologizację bohaterów historycznych i przywiązanie do szczegółu, chcąc tym samym „jak najwierniej” odtworzyć realia XVI-wiecznej Anglii. Oczywiście Tudorom do Elisabeth jest daleko. Przede wszystkim dlatego, że nie udało się przekuć prawdy historycznej w satysfakcjonujący i spójny dramat telewizyjny. To nie znaczy jednak, że Tudorzy nie dostarczają frajdy z ich oglądania, bo dostarczają, ale chyba nie taką na jaką liczyłem.




kwietniowy karnawał blogowy [4/2012]

Bardzo mnie mało w kwietniu na blogu. Jak nigdy i to tylko i wyłącznie z lenistwa. Już miałem sobie odpuścić w tym miesiącu Karnawał...., i tak samo jak miesiąc temu, w ostatnim momencie postanowiłem, że nie odpuszczę. A więc będzie:





Siódmy (kwietniowy) karnawał blogowy na Reborn Story


1. Ninedin - Wiotko i blado

... na którymś tam z kolei ;-) blogu Ninedin, tym razem poświęconym poezji. Bardzo ciekawa analiza plus rys historyczny poświęcony francuskiej pieśni. Raczej starej. No i jakimś cudem ja tą analizę starej pieśni przeczytałem jednym tchem z wypiekami na twarzy. To jakbyście też chcieli przeczytać z wypiekami na twarzy, to linkuję.


2. Misiael - Dukaj to za mało

Misiael na swoim blogu o Fabryce Słów. Przy okazji polecam misiaelowy kanał na youtubie.


3. Subiektywnie o kinie - Siedem grzechów głównych nowej trylogii Star Wars George'a Lucasa

Właściwie miałem napisać swój wpis o nowej trylogii Lucasa, jakoś tak wkrótce po wpisie o starej trylogii, ale zdezerterowałem z pola bitwy przed bitwą. Zdradzę tylko, że wpis nie byłby aż tak bardzo negatywny, jak ten linkowany w tego miesięcznym karnawale, ale zdradzę też, że to nie ja miałbym rację. Chociaż jakoś tam trochę mi się nowe Star Warsy podobały. 


4. Urszula z O dystopiach - Książka z sieci. Krótki przewodnik

No właśnie. Przewodnik.



[źródło zdjęcia]

fanowanie Martinowi ma się średnio (Zły taniec ze smokami -> <- coraz lepszy serial HBO)

Pisząc o fanowaniu Grze o Tron coraz bardziej muszę oddzielić serial HBO od kolejnych powieści Martina. I chociaż po mojej recenzji pierwszego sezonu, raczej nie należało się tego spodziewać, moje zainteresowanie przechodzi z książek na serial. Główną przyczyną jest oczywiście diametralnie obniżający się poziom powieści, bo kiedy wydawało się, że gorzej niż Uczta dla Wron nie będzie, przyszedł Taniec ze smokami i Martin złośliwie udowodnił, że - owszem - będzie.



Marcowy karnawał blogowy [3/2012]

Miało go w tym miesiącu nie być, ale jest. 
Tak naprawdę to wszystkie wpisy zebrałem w jeden wieczór. Wcześniej zasnąłem przy Asimovie, obudziłem się niewyspany i kompletnie nie wiedząc czy iść spać dalej, czy nie, po prostu zanetowałem się na kilka godzin. Czego efektem jest zupełnie niespodziewana "tegomiesięczna" lista blogowych wpisów.





Szósty (marcowy) karnawał blogowy na Reborn Story


1.  Poczytaj mi synku - Przymusowe lektury

Bo u mnie każdy dorosły, który przyznaje się do czytania Muminków, ma od razu plus 50 do fajności. A poza tym ja też lubię to opowiadania o Filifionce, która się bała katastrofy.


2. Kultura 2.0 - Subskrypcje! Czytając Dukaja o e-literaturze.

Bo ja sam lubię czytać o e-bookach.


3.  Czescjacek - Teologiczna kuźnia kadr

Bo dla mnie to też jest zagadka, że tak można. W sensie, że teologię wykłada się na uniwersytetach, jakby barok był neverending story.


4. Technopolis - "The Big Bang Theory" - historie o miłości

Bo to jest bardzo dobry wpis o bardzo dobrym serialu. 


5.  Neuromemy - Moje zdrowie, moja starość

Bo mnie też wkurzają osoby narzekające na publiczną służbę zdrowia i święcie przekonane o tym, że prywatna służba zdrowia to by było najlepsze, co nas może spotkać. I od razu stop kryzys, stop choroby i stop deficyt budżetowy. Bo oczywiście wszystkim wydaje się, że choroby to głównie "tanie" grypa i katar, no w polotach zwichnięta ręka, bądź noga, a nie "drogie" przeszczepy czy nowotwory.


6. Pod wpływem - Absentia

Bo to jest w ogóle dobrze, gdy inni piszą o horrorze i to zawsze jest plus 100 do fajności, gdy polecają innym dobre horrory.


7. Chichoro o świecie - Co czytano w brytyjskich schronach przeciwlotniczych

Bo strasznie mnie ta krótka notka rozrzewniła, w sensie przypomniałem sobie, jak kiedyś sam latałem z wywieszonym jęzorem po bibliotekach i jak moja ostatnia wizyta (jakiś rok temu z hakiem) zakończyła się wypożyczeniem malowniczej w okładce i tytule Wojny samic.



8. stokilo - Foodfilm recettes filmees

Bo dawno nie było linku do żadnego bloga kulinarnego, a poza tym ten wpis nadaje się na wielki finał. Do pooglądania.

[źródło zdjęcia]

Stawka lepsza niż śmierć, czyli dobrze, bardzo dobrze i najlepiej

Tyle ludzi narzeka na nową Stawkę..., że coś czuję, że znowu będę jednym z niewielu, którym ten film się podobał. A podobał mi się niesamowicie. I to nie dlatego, że jestem jakimś skończonym fanem oryginalnego serialu, bo z tego widziałem tylko kilka odcinków, ale dlatego, że to jest naprawdę dobry film. Porządne kino popularne (tak ogólnie) i jeden z najlepszych filmów popularnych, jakie ostatnimi czasy nagrano w Polsce. 



Tropico 3 - recenzja

Być może co uważniejsi czytelnicy tego bloga wyłapali to, że ostatnimi czasy stałem się mniej aktywny w blogosferze (włączając to zwłaszcza mniejszą aktywność na facebooku i zaprzyjaźnionych blogach -> czego efektem będzie mój nie-udział w marcowym karnawale blogowym) i tym samym karmię Was relatywnie starymi wpisami, napisanymi jakiś ponad miesiąc temu na zaś. To nie jest tak, że jestem strasznie zabiegany, czy nie czytam/oglądam nic ciekawego, ale w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami moją przeprowadzką do kraju śniegiem płynącym (północna Norwegia) trudno mi się skupić na pisaniu i analizowaniu, czyli generalnie wyluzowaniu. Co by przełamać ten męczący marazm postanowiłem w ramach odtrutki skonstruować krótki i ze wszech miar mało ambitny wpis o Tropico 3. O grach było ostatnio mało, bo albo nie grałem w nic wartego opisania (The Guild), albo nie miałem pojęcia jak się za takie pisanie zabrać (The Path, The Tiny Bang Story, Machinarium). Tropico 3 natomiast nadaje się idealne na nieskomplikowany wpis o tym, że to jest fajna gra, którą p-o-l-e-c-a-m.